fbpx

Namibia kusi słońcem w czasie, gdy Europa jest skuta lodem i lockdownem. Jest tu egzotycznie i bezpiecznie, a zachowanie dystansu na pustyni nie jest trudnym zadaniem.

Afryka dla początkujących – to obiegowa opinia o Namibii. To prawda. Namibia jest krajem, w którym turysta nie boi się samotnie chodzić po ulicach miast i miasteczek. Gdzie można wynająć samochód terenowy z pełnym wyposażeniem kempingowym i bezpiecznie, samodzielnie eksplorować pustynię, busz czy sawannę. Gdzie jest czysto, a miejscowi podchodzą do turysty ze szczerą życzliwością i chęcią pomocy. A jednocześnie jest to kraj tak bogaty przyrodniczo i kulturowo, że egzotyką nie ustępuje swoim sąsiadom na południu Czarnego Lądu. Ba! Znajdziemy tu wiele skarbów natury, które zachwycą nie tylko początkujących, ale i wytrawnych podróżników. Przekonaliśmy się o tym osobiście.

Bez wiz, z testem

Do Namibii mieliśmy lecieć rok temu, ale wybuch pandemii COVID-19 pokrzyżował nam plany. Ale co się odwlecze… Na szczęście we wrześniu 2020 Namibia otworzyła ponownie granice dla turystów. Jedynym warunkiem jest negatywny test PCR na koronawirusa, zrobiony nie później niż tydzień przed wjazdem. Dla Polaków dodatkowym ułatwieniem jest fakt, iż wizę możemy dostać po przylocie na lotnisko.
Stolica kraju, Windhoek, jest nowoczesnym i jak na warunki afrykańskie bardzo spokojnym miastem. Jest tam trochę budynków pamiętających stosunkowo krótkie, kolonialne rządy Niemiec na przełomie XIX i XX wieku. Niemiecki kościół, stary fort Alte Feste czy dawny pałac gubernatora Tintenpalast (Pałac Atramentowy), pełniący dziś funkcję parlamentu, to historyczne wspomnienie europejskich rządów. Na obejrzenie ich wystarczy pół dnia.

 

Pojedź sam, czyli self-drive

Z Windhoek ruszyliśmy na dalekie południe Namibii. Kraj jest idealny do tzw. self-drive safari, czyli samodzielnej podróży samochodem. Główna droga jest asfaltowa, ale 80 % dróg w tym kraju jest szutrowych. Po takich głównie poruszaliśmy się później, więc najlepiej wynająć samochód terenowy z napędem 4×4, jak Toyota Hilux. Inaczej trudno byłoby dotrzeć do Kanionu Rzeki Rybiej. Jest on uznawany za największy w Afryce i drugi na świecie po Kanionie Rzeki Kolorado w USA. Potem udaliśmy się na wybrzeże Atlantyku, gdzie znajduje się portowe miasto Lüderitz i opuszczone miasteczko poszukiwaczy diamentów Kolmannskop. Od tej pory pustynia Namib i sąsiadujące z nią góry Naukluft ciągle nam towarzyszyły. Chronione są w ramach Parku Narodowego Namib-Naukluft, a ich najpiękniejszy fragment znajduje się w okolicach Sesriem.

Woda na pustyni!

Czerwone wydmy Deadvlei i Sossussvlai urzekły nas swoim pięknem, natomiast zaskoczył nas… deszcz. Styczeń i luty to pora deszczowa. Widzieliśmy ciemne chmury burzowe nad górami, ale nie spodziewaliśmy się, że następnego dnia drogę do Deadvlei przegrodzi nam rwąca rzeka Takiego deszczu na pustyni Namib nie było od 10 lat. Dzięki niemu zobaczyliśmy jeszcze jedno wyjątkowe na pustyni zjawisko… kwitnienie pustyni. Przed wydmami piasku zazieleniła się trawa a na niej pojawiły się kobierce żółtych kwiatów.

Ileż radości sprawił deszcz naszej przewodniczce na fakultatywnej pustynnej wycieczce Living Desert Tour w Parku Narodowym Dorob. Co chwilę grzebiąc z poświęceniem w piachu wynajdywała dla nas: a to gekona palmato, a to żmiję karłowatą, a to beznogą jaszczurkę. Największe szczęście dał jej widok szyb samochodu pokropionych niewidzianym od dawna deszczem. Odkrywała z pasją dla nas tajemnice pustyni Namib, która wydawała się pusta i martwa, a tymczasem tętniła wręcz życiem. I to wszystko tak blisko miasta Swakopmund, cichego kurortu nadmorskiego, jakby żywcem przeniesionego z niemieckiego wybrzeża Bałtyku, zdającego się tkwić w melancholii po minionej kolonialnej świetności za rządów ostatniego niemieckiego cesarza Wilhelma II.

Wybrzeże na północ od Swakopmund nosi niesławne imię Wybrzeża Szkieletowego. To znane cmentarzysko statków, z których najłatwiej można zobaczyć wrak Zeili , ale dla nas najciekawsza była olbrzymia kolonia uchatek (kotików afrykańskich) na przylądku Cape Cross.

Z wizytą u Himba
Z chłodnego, mglistego wybrzeża Atlantyku udaliśmy się w głąb gorącego lądu. Spitzkoppe, czyli Szpiczasta Kopuła, to zespół niezwykle malowniczych skalistych gór, które w świetle zachodzącego lub wschodzącego słońca wydają się płonąć oranżem i czerwienią. Dalej były starożytne ryty naskalne ludu San (Buszmenów) na stanowisku Twyfelfontein, które w 2007 roku zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W drodze na północ nie mogliśmy pominąć wizyty u najbardziej znanego i oryginalnego ludu Namibii – Himba. Lud ten wciąż żyje w bardzo tradycyjny sposób, czego przejawem jest choćby to, że praktykowane jest u nich wielożeństwo, a kobiety nacierają skórę czerwonawą mieszaniną ochry i stopionego masła, żeby ją chronić przed słońcem i zmarszczkami.

Safari w Etosha

Wreszcie dotarliśmy do osławionego Parku Narodowego Etosha. Dużą część Parku zajmuje niecka wyschniętego jeziora, ale reszta pokryta buszem i sawanną pełna jest zwierząt: skoczników antylopich (springboków), zebr damarskich, oryksów południowych, impali czarnoczelnych, żyraf angolskich, gnu pręgowanych, strusi afrykańskich i wielu innych. Raz przeszedł nam drogę nosorożec czarny, a innym razem widzieliśmy słonie, które przyszły do wodopoju położonego koło jednego z kempingów.

Obozowanie na kempingach Namibii to przyjemne doświadczenie. Są one czyste, dobrze utrzymane i wyposażone we wszelkie udogodnienie przydatne turystom w drodze. Często miejsca te są niezwykle urokliwe. Spanie w namiotach na dachu samochodu jest wygodne i bardzo bezpieczne. Szybko nauczyliśmy się bardzo sprawnie je rozkładać i składać. Poza tym nasza terenowa Toyota Hilux miała pełne wyposażenie kempingowe: począwszy od składanego stołu i krzeseł a na sztućcach i naczyniach skończywszy. Była też zasilana przez akumulator lodówka. Nam tylko pozostawało dbanie o zaopatrzenie. Dodatkowo korzystaliśmy z restauracji na kempingach lub w miasteczkach po drodze, co w ogarniętej lockdownem Europie jest obecnie niemożliwe.

Bez kwarantanny

Po kilku dniach spędzonych na eksploracji Etoshy, musieliśmy wracać do Windhoek’u. Zbliżał się termin naszego powrotu do kraju. Tymczasem okazało się, że w związku z pogorszeniem się sytuacji pandemicznej linie lotnicze Eurowings, którymi mieliśmy lecieć do Frankfurtu, od kilku dni zaczęły wymagać od podróżnych przedstawienia negatywnego testu na koronawirusa przed wpuszczeniem do samolotu. Powstało pewne zamieszanie, gdyż Lufthansa, która współpracuje z Eurowings, nic o tym nie wiedziała i twierdziła, że testy nie są potrzebne. Na szczęście dzięki czujności naszego kontrahenta z Namibii upewniliśmy się, że musimy je mieć. Co więcej: pomógł on nam zarezerwować termin testu, który nie mógł być starszy niż 48 godzin w momencie przylotu do Frankfurtu. Na lotnisku było to skrupulatnie sprawdzane podczas odprawy biletowo – bagażowej. Na szczęście testy antygenowe na obecność wirusa SARS-CoV-2 okazały się u nas negatywne. Wprawdzie było trochę nerwów z otrzymaniem wyników, ale ostatecznie wszystko się udało i szczęśliwie wróciliśmy do kraju. Po powrocie mieliśmy jeszcze jedną miłą niespodziankę: ten negatywny test zwolnił nas z obowiązkowej kwarantanny po przylocie do Polski. Musieliśmy tylko zgłosić ten fakt do Granicznej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej przy lotnisku w Warszawie.
Wyprawa do Namibii, nawet w czasach zarazy, okazała się strzałem w dziesiątkę. A my przekonaliśmy się, że Namibia nie jest tylko dla początkujących. To Afryka dla każdego.

Piotr Gaszyński
W Namibii od 19 stycznia do 5 lutego 2021 roku

Newsletter

Daj się zainspirować! Raz w miesiącu (lub rzadziej) prześlę Ci relacje z moich podróży, porady oraz konkretne informacje.

Zapoznałem się z Polityką Prywatności*

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych*

Daj się zainspirować!

Raz miesiącu dę Ci przysyłać moje relacje podróży, plany oraz konkretne informacje. Beata Radecka.

Zapoznałem się z Polityką Prywatności*

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych*