O żywiołowym i spontanicznym karnawale w Kolumbii w mieście Barranquilla słyszałam od dawna. I marzyłam od dawna! Wreszcie w tym roku udało mi się tak zorganizować podróże po Kolumbii, że czasie karnawału wylądowałam na Karaibach i szybciutko pojechałam do Barranquilla. Prosto na najsłynniejszy karnawał!

Karnawał czas zacząć!
Nie chciałam tracić ani chwili. Karnawał przecież nie poczeka! Zostawiłam swoje rzeczy w hotelu ( a specjalnie wybrałam taki, żebym miała blisko karnawałowych parad i wpadłam… w sam środek wieczornej zabawy.
Ale najpierw musiałam się tam dostać. Przez ochroniarzy, bramki, płoty, kontrolę. Trzeba kupić bilet, dać się sprawdzić co się wnosi – i dobrze, przynajmniej czułam, że ktoś dba o bezpieczeństwo.
Człowiek nie wielbłąd, pić musi…
W cenie biletu jest piwo! Sponsorem imprezy jest znany browar. Czy mogę tu wymienić markę bez posądzenia o kryptoreklamę? Aquila. Czyli orzeł. Po wejściu od razu w moją stronę wyciągają się ręce z puszkami zimnego piwa, które chłopaki z obsługi odławiają z ogromnych beczek, czy raczej kadzi, pełnych topniejącego lodu. A jak piwa nie lubię? To mogę dostać Kolę Roman! Słodki jak ulepek napój, zwany popularnie „refresco”, czyli odświeżający. Raczej zasładzający, ale to moje osobiste zdanie. Dostaję też (jak każdy) proszek do zrobienia michelady. Takie reklamówki, coś jak oranżada w proszku. Rozumiem, że wrzuca się do piwa. Albo obtacza brzeg szklanki: micheladę (napój z piwa, soku pomidorowego i limonki) tak właśnie się podaje.
Na wieczorne imprezy wydzielony jest spory kawał szerokiej alei. I tam są stoiska z jedzeniem, piciem, gadżetami. Wytwornie nie jest, raczej klimat swojsko – popularny. Choć na bramach z dykty dumnie wiszą hasła o hołdzie dla “Stu lat samotności” Marqueza. A obok tłum energicznie skacze i wywija, kręci wszystkim, czym tylko można kręcić. Co może zaskakuje, wszyscy się przyjaźnie uśmiechają. Także ochroniarze, policjanci, sprzedawcy.

Ludzi dużo, turystów mało. Sceny z grającymi zespołami są co może 50 – 100 metrów – tu salsa, tu hip hop, tu pop latino. Ale najbardziej urzekła mnie scena z kolumbijską muzyką tradycyjną. Eleganckie, dumnie wyprostowane panie w bardzo różnym wieku, tańczace dostojnie cumbię z kwiatami we włosach. Nie tylko na scenie – też tuż obok mnie, wśród publiczności. A młoda para tańcząca tradycyjne tańce? Po prostu wzruszenie łapie za gardło.

Blondynka na karnawale w Kolumbii
Jak się czułam jako turystka z Europy? Na pewno nie dało się ukryć, że nie jestem Kolumbijką. Nawet nie próbowałam! Blond włosy i pyzata, słowiańska gęba skutecznie uniemożliwiają mi tak zwane wtopienie się w tłum. Ale nie było mi źle. Raczej wyczuwałam w karnawałowych współtowarzyszach ciekawość pomieszaną z dystansem. Nie bardzo wiedzieli jak zagadać, szczególnie że Kolumbijczycy rzadko mówią po angielsku albo w jakimkolwiek innym języku niż hiszpański. Co prawda ja akurat mówię biegle po hiszpańsku, ale skąd mogli to wiedzieć… Czułam się trochę jak egzotyczne zwierzątko, które wszyscy chcieliby jakoś nakarmić, ale niezbyt wiedzą czym. Ale jak nawiązywaliśmy kontakt uśmiechami, pękały lody i zaczynaliśmy razem tańczyć.
Taniec nie zna granic
Szybciutko „zaadoptowała” mnie kolumbijska rodzinka. Osiemnastolatek widząc turystkę chciał poćwiczyć swój angielski. Zdobył się na odwagę i zagadał. Żeby sprawić mu przyjemność, konwersowaliśmy in English. Ale z jego smukłą siostrą i energiczną mamą (taką w moim wieku mniej więcej) już po hiszpańsku. Mama przejęła dowodzenie – ustalała ze mną, do której sceny całą rodzinką idziemy, co kiedy jemy i pijemy. A syn, ojciec i ich koledzy tańczyli ze mną i dbali, żebym czuła się dobrze. I rzeczywiście, czułam się jak w rodzinie.
Pogadać dużo nie pogadaliśmy, bo ilość decybeli na karnawale jest iście latynoska. Ale miło zaskoczyła mnie życzliwość i troskliwe „zaopiekowanie się”. Nie miałam ze sobą komórki, więc zrobili zdjęcie swoją i mi wysłali! Darowanemu zdjęciu… Mniejsza o to, jest jakie jest, innego nie mam!

Kolumbijskie piana party
Piana to moja zmora. Radosne puszczanie piany na wszystkich wokół – bez tego nie ma w Kolumbii zabawy. Usłużni sprzedawcy piany zawsze w okolicy się znajdą, więc później wszyscy jesteśmy siwi (od piany) i mokrzy. A że jestem blondynką, to jeszcze bardziej przyciągam pianową artylerię. No i wyglądam jak zmokła kura… Na szczęście jest ciepło, a staranny wygląd w pewnym momencie to już wszyscy mają w głębokim poważaniu. Liczy się zabawa!
Powrót tanecznym krokiem
Kiedy dobrze po 2 w nocy zdecydowałam się wyjść i wrócić do hotelu, skierowałam się do bramki, przez którą wchodziłam. Ale tam okazuje się jest tylko wejście, a wyjście znajduje się zupełnie z drugiej strony! Jednak szłam w zaparte – ja mieszkam na tej ulicy, chcę więc tędy wyjść, a nie obchodzić w kółko pół miasta! Krótka dyskusja wywiązała się wśród policji i ochroniarzy: a jak tak, to rzeczywiście, wpuścimy cię tędy! Rozsunęli uprzejmie metalowe płotki, żebym mogła sobie pójść. Jak miło!
Co tańczy się na karnawale? Generalnie wszystko, co jest popularne na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej. Każda scena ma trochę inny vibe, dla każdego coś dobrego.
Królowa nie jest tylko jedna
Na scenie tradycyjnej – podziękowania, przemowy, nagrody, telewizja. Oraz królowa karnawału! Co roku wybierana i czczona jest nowa królowa. Śliczna, zgrabna dziewczyna, która godzinami niezmordowanie ściska dłonie tłumu i śle całusy. Zawsze z promiennym uśmiechem! Jak chcecie zobaczyć wszystkie królowe oraz ich przepiękne kreacje, polecam muzeum karnawału. Ekspozycja galowych sukienek z ostatnich stu lat jest fantastyczna!

Król Momo to druga persona karnawału. Dla odmiany to niemłody, dojrzały gość. Ale sił i energii też mu nie brakuje.
Najważniejsze na karnawale jest to, że każdy cieszy się ruchem, tańcem, muzą. Nie czuć oceniania, krygowania się czy popisywania. Czuć spontan i radość. Jak o tym piszę, już chciałabym tam znów być!

Joselito se va a las cenizas – pogrzeb karnawałowego Józka
Następnego dnia wybrałam się na paradę. Wtorek, czyli nasze Ostatki to w Kolumbii symboliczny pogrzeb Józka karnawału. Już szykowanie się było zabawne! Szczególnie obserwowanie chłopaków przebranych za wdowę po Joselito (Józku karnawale) i jej przyjaciółki. Kreatywność w przebieraniu się godna podziwu! Jeden podszedł do mnie ze szminką, żebym pomalowała mu ust pąkowie. Nie było łatwo, bo obydwoje pękaliśmy ze śmiechu.
Wdowa była niejedna, zawsze męska. Płacząca i ocierająca łzy woalką. Widziałam też wdowę brzemienną.

Parada pełna humoru kończy się pogrzebem. A piec i trumna na wozie przepychane są przez całą paradę, chyba kilka kilometrów!
Aż do kulminacyjnego momentu, czyli symbolicznego pogrzebu. Nie mogłam przepchać się przez tłum, żeby cokolwiek sfilmować czy zrobić zdjęcie. Ktoś ze stojących obok to zauważył. Zaczął gromko wołać śliczną policjantkę, która stała nieopodal. – Ta gringa nie może zrobić fotki, zabierz ją do strefy VIP! Zostałam wyłuskana z tłumu i w policyjnej eskorcie zaprowadzona z honorami tam, gdzie urzędowali oficjele i telewizje. Jesteś przecież gościem!

Karnawału nigdy dość!
Byłam, widziałam, wina i miodu nie piłam, ale za to uśmiałam się i wytańczyłam. Dlatego i na najbliższy karnawał też się wybieram do Barranquilla – ale tym razem chcę Was tam zabrać. Nie tylko na sam karnawał, ale żeby poznać różne oblicza Kolumbii.
Beata Radecka




